Get Adobe Flash player

Poniżej zamieszczamy przedruk artykułu z Onetu z dnia 27.09.2011.Artykuł dostępny jest pod adresem: http://biznes.onet.pl/bez-dyplomu-zarobisz-wiecej,18563,4862857,1,news-detal
Krótki komentarz do poniższego artykułu- gimnazjalisto, chcesz mieć dobre zarobki wybierz zawodówkę.
Michał zarabia ponad 4 tys. złotych miesięcznie. Skończył zawodówkę, montuje instalacje sanitarne. Na pytanie, czy nigdy nie myślał o studiach, śmieje się i z rozbrajającą szczerością odpowiada: „A po co?”. Może i ma rację. Zarabia mniej więcej tyle, co lekarz i dwukrotnie więcej niż nauczyciel , nie wspominając już o psychologach i pedagogach.
Wraz z rozpoczynającym się nowym rokiem akademickim warto zadać sobie pytanie, czy kierunek, który studiujesz jest w stanie zapewnić Ci pracę w zawodzie? No, a przynajmniej utrzymanie. Dla studentów pedagogiki, politologii, filozofii i większości kierunków humanistycznych, odpowiedź nie jest zbyt optymistyczna. Polski rynek jest w stanie wchłonąć naprawdę znikomą część absolwentów tych specjalności. Niekiedy skończona zawodówka i dobry fach w ręku to pewniejsza przyszłość niż dyplom wyższej uczelni.
Poza tym 75 proc. miejsc pracy w naszym kraju jest w sprzedaży i usługach. Do tego nie zawsze potrzebne są studia, bo po co komu wykształcony fryzjer, kierowca, czy sprzątaczka. Zważywszy na fakt, że niemal co trzecia osoba po skończonej edukacji nie pracuje zgodnie z wykształceniem, często pada pytanie, czy studiowanie dla samego studiowania ma jeszcze sens? Z czysto ekonomicznego punktu widzenia, nie za bardzo..
To nie jest kraj dla wykształciuchów…
Michał skończył jedną z lubelskich zawodówek. Przez trzy lata pobytu w szkole nauczył się rzemiosła budowlańca, jak sam podkreśla, fachu, który nigdy nie zginie. – Przecież ludzie zawsze będą się budowali, o remontach mieszkań nie wspominając, nie? – podkreśla pewny swego. Za namową kolegi zrobił kurs montera instalacji sanitarnych i zatrudnił się u prywatnego przedsiębiorcy. Przez siedem lat zdobył doświadczenie oraz opinię dokładnego i pracowitego. To wystarczyło, by dostrzegł go szef i wziął pod swoje skrzydła. Dziś Michał zarabia ponad 4 tys. złotych miesięcznie. Na pytanie, czy nigdy nie myślał o studiach, śmieje się i z rozbrajającą szczerością odpowiada – A po co?
Patrząc na statystyki bezrobocia wśród absolwentów wyższych uczelni, nasuwa się pytanie, po co komu były studia, skoro pracy nie ma? Słuchając podobnych historii większość humanistów pewnie bije się w pierś, bo przeciętne zarobki magistra, w porównaniu do wynagrodzenia specjalistów pokroju Michała, wypadają po prostu słabo. Podajmy choćby przykład nauczyciela. Stażysta może liczyć na zarobki 2618 zł brutto (do 2009 r. było to 1489 zł brutto). Po kilku latach jako nauczyciel kontraktowy może liczyć na 2738 zł (oczywiście brutto). Na ironię zakrawa fakt, że 4059 zł (netto) to średnie zarobki lekarza w Polsce. Dochodzi często do takich absurdów, że specjalista układający kafelki w łazience może zarobić więcej niż lekarz ratujący życie.
Od lat chwalimy się, że Polacy są świetnie wyedukowani i wszechstronnie przygotowani do podbicia rynku pracy. To fakt. Liczba studentów w naszym kraju jest niesłychanie wysoka. Na status studenta wyższej uczelni decyduje się co drugi maturzysta (dla porównania w krajach Unii Europejskiej, średnio co czwarty).
W zeszłorocznym rankingu, opublikowanym przez OECD, Polska znalazła się na czwartym miejscu na świecie pod względem procentowego udziału osób, które w 2008 r. ukończyły studia. Odsetek osób w wieku szkolnym, które w 2008 r. wybrały się na uczelnię wyniósł aż 50 proc. Jeszcze kilkanaście lat temu wyższe wykształcenie miał co dziesiąty Polak, obecnie już co piąty. Niestety już się tak w Polsce przyjęło, że powinno się iść na studia, nie ważne na co, byleby móc pochwalić się dyplomem i tytułem magistra przed nazwiskiem.
Według oficjalnych danych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, obecnie w 458 polskich uczelniach (132 publicznych i 326 niepublicznych), na ponad 200 kierunkach kształcą się prawie 2 miliony studentów, co daje Polsce jeden z najwyższych na świecie wskaźników skolaryzacji oraz największą liczbę instytucji szkolnictwa wyższego w Europie.
Cóż jednak z tego, skoro równocześnie mamy jeden z największych w Unii Europejskiej odsetek bezrobotnych osób do 25. roku życia. Stopa bezrobocia wśród młodzieży wynosi dziś 23 proc., a to oznacza 1,2 mln osób. Mało tego, z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że rzesza bezrobotnych absolwentów w latach2011-2015 może przekroczyć nawet 3 mln. Niestety, ale rynek jest na razie nasycony kandydatami do pracy z tytułem magistra. Wielu wykształconych ekonomistów i pedagogów zamiast pensji, pobiera zasiłek dla bezrobotnych. Problem w tym, że młodzi ludzie kształcą się na kierunkach, które są modne i popularne, a nie na tych, na które jest aktualnie zapotrzebowanie na rynku pracy.
Magister na zasiłku
Liczba bezrobotnych legitymujących się dyplomem wyższej uczelni z roku na rok jest coraz wyższa. Z danych resortu pracy wynika, że pod koniec pierwszego kwartału tego roku wynosiła 223,5 tys. To o 19 tys. więcej niż w roku ubiegłym. Wyraźny wzrost bezrobocia wśród osób z wyższym wykształceniem potwierdzają też badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL) prowadzone przez GUS, które uwzględniają szarą strefę gospodarki. Według nich w pierwszych trzech miesiącach tego roku stopa bezrobocia wśród osób z dyplomem wyższej uczelni wzrosła do 5 proc. – z 4,7 proc. w IV kwartale ubiegłego roku.
Niestety, rosnąca liczba „wykształciuchów” bez pracy ma tendencję wzrostową. W latach 90. odsetek bezrobotnych z dyplomem nie przekraczał 2 proc. wszystkich osób bez posady. Dziś ponad dziesięć razy więcej. Polska nie jest w tym trendzie odosobniona. W ciągu ostatnich trzech lat, bezrobocie wśród młodych Europejczyków z krajów Unii wzrosło z 15 do 21 proc. Główną winę za taki stan rzeczy ponosi kryzys finansowy z 2008 r.
Najgorzej sytuacja wygląda w województwach: podlaskim, lubelskim, podkarpackim i małopolskim. Tam o pracę w zawodzie jest wyjątkowo trudno. Z kolei stosunkowo najłatwiej mają absolwenci mazowieckiego, śląskiego i zachodniopomorskiego, a to ze względu na powstające nowoczesne centra usług.
Fakt, że co piąty polski absolwent wyższej uczelni nie ma pracy spowodowany jest zbyt dużą ilością studentów w Polsce. Otwarcie przyznaje to nawet Barbara Kudrycka, minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dlatego przed wyborem studiów warto zorientować się, czy będzie później zapotrzebowanie na fachowców z dziedziny, która nas interesuje. Może okazać się, że powtarzane do znudzenia hasło, „a co ty będziesz po tym robił?” wróci później do nas jak złowieszcze echo. Poza tym nie wszyscy przecież muszą studiować…
Humanista nieudacznik?
Wśród kierunków, które masowo produkują przyszłych bezrobotnych są pedagogika, filozofia, politologia, polonistyka, kulturoznawstwo, stosunki międzynarodowe, socjologia, bibliotekoznawstwo, europeistyka, marketing i zarządzanie oraz administracja. To, że w najgorszej sytuacji od lat znajdują się humaniści nie jest żadną tajemnicą. Z badań Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych Campus wynika, że aż 71 proc. z nich ma poczucie nieprzydatności, a 50 proc. z nich nie widzi szans na zrobienie kariery w Polsce. Rynek pracy ich nie rozpieszcza, o czym świadczy fakt, że co dziesiąty humanista nie ma pracy nawet w rok po uzyskanym dyplomie.

Nie oszukujmy się. Studia humanistyczne są banalne. Ciężko to mają na medycynie, albo polibudzie. Gdyby ktoś spytał, z czego słynie europeistyka, to powiem, że mają tam fajne dziewczyny. Tyle. Tylko tyle. [...] Potrzebni są ludzie, którzy po studiach mają jakąś konkretną wiedzę. Inżynier z polibudy potrafi zaprojektować most, obliczyć jakie obciążenie wytrzyma i ile postoi. A socjolog? Jaką wiedzę wyniesie po swoich pięcioletnich studiach? – ironizuje Adam Stohnij w tekście pt. „Po co komu humaniści?”, opublikowanym w jednym z portali studenckich.
Pytanie zatem, dlaczego uczelnie nadal rekrutują kandydatów na kierunki studiów bez przyszłości? A przynajmniej nie ograniczają liczby miejsc. Powód jest niestety prozaiczny – chodzi o pieniądze. Kierunki humanistyczne są najtańsze w utrzymaniu. Do przeprowadzenia zajęć nie trzeba niczego więcej jak sali i wykładowcy. To nie to samo, co specjalistyczne laboratoria, czy pracownie kierunków ścisłych. Gdyby istniała skuteczna regulacja prawna, określająca zapotrzebowanie rynku na pracowników być może sytuacja uległaby zmianie.
Humaniści kończą studia, po których nie są w niczym wyspecjalizowani. Mają wiedzę teoretyczną, która poza światem nauki do niczego się nie przydaje. Część zostaje na uczelniach, gdzie z roku na rok przybywa doktorantów (według GUS, w roku akademickim 2009/10 było ich blisko 36 tys. To aż o 10 proc. więcej, niż rok wcześniej), a pozostali szukają miejsca gdzie się da. Dodajmy, że 40 proc. osób z wyższym wykształceniem nie pracuje zgodnie ze zdobytymi kwalifikacjami. Bartosz Janiszewski na łamach „Newsweeka” pisał wręcz, że tak złego wejścia na rynek pracy nie miało żadne pokolenie od 50 lat.
Bez dyplomu zarobisz więcej
Wielu absolwentów dołuje zwłaszcza perspektywa zarobków w swoim zawodzie. Pięć lat studiów, nauki i często poświęceń po to, by ledwo dobijać do średniej krajowej (albo i nie). Przytoczony wcześniej przykład nauczyciela nie jest odosobniony. Z ankiet portalu Pensje.net wynika, że przeciętne wynagrodzenie lekarza w Polsce wynosi 5717 zł brutto (czyli 4059 zł „na rękę”). Psycholog może liczyć na 2859 zł brutto, a pedagog – 2318 zł brutto.
Często dziwią zarobki niedocenianych przez wielu stanowisk fizycznych. Wcale nie trzeba skończyć studiów, by zarabiać tyle samo, a nawet więcej niż absolwenci szkół wyższych. Jako dowód warto przytoczyć dane jednego z ostatnich Raportów Płacowych, zrealizowanego przez firmę Advisory Group TEST Human Resources. I tak średnia pensja stolarza w Polsce wynosi 2328 zł brutto, ślusarza – 2972 zł, operatora  wózków widłowych – 2670 zł, sprzedawcy w supermarkecie – 1799 zł. Recepcjonista w hotelu może liczyć na 2761 zł brutto, a przedstawiciel handlowy 4232 zł brutto.
Najlepiej spośród robotników zarabiają mechanicy (4098 zł brutto), elektrycy (3670 zł brutto) i spawacze (3668 zł brutto). Podane kwoty stanowią oczywiście medianę zarobków w całym kraju. W zależności od województwa wymienione sumy mogą być znacznie niższe lub wyższe, ale taka koniunktura dotyczy każdego zawodu, bez względu na wykształcenie.
Przy tak dużej nadwyżce wykształconych bezrobotnych i braku rąk do pracy przy mniej wykwalifikowanych zawodach, na myśl przychodzi pytanie o logikę kształcenia w polskim systemie edukacji. Są województwa, gdzie wyższe wykształcenie wręcz przeszkadza. Z braku pracy i środków na utrzymanie młodzi ludzie decydują się na podjęcie jakiejkolwiek pracy, byleby zarobić na chleb. Niestety, w wielu sytuacjach słyszą, że mają zbyt wysokie kwalifikacje. I trudno się dziwić pracodawcom. Zatrudniona osoba, która pracuje poniżej swoich kwalifikacji to potencjalny frustrat, który ma pretensje do całego świata o to, że musi pracować fizycznie. Mechanicy, czy budowlańcy mają dziś jeszcze jeden powód do śmiechu.
Fachowcy zawsze w cenie
To, że sytuacja absolwentów polskich uczelni jest kiepska, nie oznacza, że nie warto w ogóle studiować. Oczywiście warto, ale nie byle co i nie za wszelką cenę. Dziś wypada nieco rozważniej przeanalizować zapotrzebowanie na poszczególne kierunki. Przez wiele lat poszukiwane i dobrze opłacane będą umiejętności techniczne potwierdzone dyplomem inżyniera. Niezmiennie w cenie są i będą wszelkiej maści specjaliści na czele z programistami. Nowe technologie to przyszłość, dlatego niemal każdy student może liczyć na pracę po ukończonej edukacji. A absolwentów technicznych brakuje. W tej chwili w Polsce na 1000 mieszkańców przypada zaledwie 13 absolwentów nauk ścisłych. Wyprzedzają nas m.in. Litwa (19.5), Francja (20.7) i Irlandia (21.4).
Światełkiem w tunelu zdają się być zeszłoroczne preferencje w wyborze uczelni. Po raz pierwszy od 20 lat na politechnikach było więcej chętnych do studiowania niż na uniwersytetach. W roku akademickim 2010/11 w szkołach technicznych o jedno miejsce walczyło średnio 3.9 osoby, a na uniwersytetach – tylko 3.5. Podobnie rzecz miała się w tym roku. Z danych ministerialnych wynika bowiem, że najwięcej studentów studiuje na kierunkach ekonomicznych oraz administracyjnych (23 proc.), społecznych (13.9 proc.), pedagogicznych (12 proc.), humanistycznych (8.8 proc.), inżynieryjno-technicznych (6.8 proc.), medycznych (5.8 proc.), informatycznych (4.9 proc.), usług dla ludności (3.7 proc.), prawnych (3.1 proc.) oraz ochrony środowiska (1.4 proc.).
Kuszą także zarobki, bo po politechnice zarabia się najlepiej. Powołując się na wspomniany już Raport Płacowy, warto przytoczyć średnie zarobki konkretnych specjalistów. I tak inżynier-technik zarabia 6543 zł, inżynier materiałoznawstwa – 4551 zł, analityk systemowy – 5739 zł, specjalista IT – 5496 zł, a kierownik budowy – 7736 zł. Na zarobki nie mogą narzekać także programiści, których średnie wynagrodzenie wynosi 5148 zł. Podane kwoty to rzecz jasna kwoty brutto.
Jeśli politechniki dalej będą cieszyły się większą popularnością jest szansa, by sytuacja na rynku pracy uległa zmianie. Dlaczego? W statystykach bezrobocie wśród absolwentów-inżynierów praktycznie nie istnieje. Dodatkowo od 2008 r. wprowadzony został specjalny program kierunków zamawianych, dzięki któremu studenci wybranych kierunków technicznych mogą liczyć na stypendium finansowane przez państwo. Najlepsi studenci otrzymają miesięcznie nawet tysiąc złotych.
Aby zapoznać się z listą zamawianych kierunków wystarczy wejść na stronę internetową Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Tam dowiemy się w jakich miastach, jakie uczelnie dostały dofinansowanie na poszczególne kierunki. W tym roku środki na stypendia otrzymało 39 najwyżej ocenionych projektów, a wśród nich, m.in.: matematyka, fizyka, chemia, ochrona środowiska, budownictwo, chemia, energetyka, energetyka jądrowa, informatyka, automatyka i mechatronika. Do uczelni trafi łącznie 200 mln zł.
Wybierając kierunek, który studiuje kilka, czasem kilkadziesiąt osób w kraju, wiemy, że rywalizacja w zawodzie nie będzie duża i szanse na dobrą pracę mogą być spore. Z tego powodu warto także pomyśleć o takich kierunkach jak arabistyka, skandynawistyka, czy lotnictwo i kosmonautyka w dęblińskiej Szkole Orląt. Trzeba się jednak poważnie zastanowić, czy w oryginalności kierunku studiów nie pójdziemy za daleko. A pomysłowość polskich uczelni nie zna granic. Kandydaci na studia, oprócz tradycyjnych kierunków, mają do dyspozycji oceanografię, ochronę odgromową, gemmologię (nauka o kamieniach szlachetnych), euromarketing, e-biznes, produkcję mediów cyfrowych, czy neurobiopsychologię. Ba, jeden z lubelskich uniwersytetów jako specjalizację politologii proponuje „przywództwo polityczne”, a warszawska SGGW zaprasza na studia podyplomowe z „życia wśród kwiatów”.
Dlatego warto się czasem zastanowić, czy lepiej skupić się na nauce konkretnego zawodu, czy na zdobywaniu dyplomu bez przyszłości. Najczęściej dobry specjalista od wykończenia wnętrz, czy ceniona kosmetyczka zarabia znacznie więcej niż magister polonista. Bill Gates, Steve Jobs, Michael Dell, czy Mark Zuckerberg nie skończyli studiów, a odnieśli niesłychany sukces. Poza tym praca na zmywaku w Londynie, czy na stanowisku sprzedawcy w centrum handlowym, z tytułem magistra wcale nie jest łatwiejsza.

facebook
logowanie e-dziennik
logowanie e-dziennik
NASI PARTNERZY
NASI PARTNERZY